Historia ta wydarzyła się w
czasach, gdzie prawdziwa miłość była uznawana tylko w książkach dla nastolatek
i romansach dla starszych pań. Czy warto kochać? Zadawać sobie trud dla drugiej
osoby ? Czy starczy nam sił, by przezwyciężyć problemy, dojść do granic
możliwości człowieka i przekroczyć je? Spełnić swoje marzenia? Otóż tak! Warto
walczyć nawet o jedną marną sekundę naszego życia, jeśli spędzimy ją z ukochaną
osobą.
***
-Dobrze wiesz, że musimy się z
tym uporać do południa. –Zamknęłam zeszyt, a Harry spojrzał na mnie z wyrzutem.
-Wiem, że to dla ciebie nie jest zbyt przyjemne zajęcie, ale zrozum! Te
urodziny są dla mnie naprawdę ważne, a przecież tylko raz w życiu kończy się 17
lat. Chcę, żeby to było coś wyjątkowego. – Harry głęboko westchnął i wstał z
łóżka, na którym jeszcze przed chwilą, czytał swoją ulubioną gazetę.
-Lily – usiadł po turecku naprzeciwko mnie. – Każde urodziny obchodzimy raz
w życiu i uwierz mi na słowo, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. –
Złapał mnie za rękę i czule spojrzał w oczy. – Nie masz się czym martwić –
dodał i powrócił do czytania swojej lektury.
-Może masz rację… - powiedziałam jakby do siebie i schowałam zeszyt do
torebki.
-Harry ! –krzyknął Pan Martin. – Idziemy z mamą na małe zakupy, nie będzie
nas przez godzinę… no może trochę więcej. Pamiętaj, że masz zrobić obiad–
chłopak spojrzał wymownie w sufit i ponownie ociężale zsunął się z łóżka.
Usłyszeliśmy jeszcze tylko brzęk kluczy i zamykające się drzwi, a potem już
tylko ciszę. Harry spojrzał na mnie marszcząc czoło i bez żadnego słowa kiwnął
głową, wskazując drzwi. Zeszliśmy w dół po masywnych drewnianych
schodach i po chwili staliśmy w kuchni zakładając kolorowe fartuszki.
-Okej to co pichcimy? –zapytał otwierając lodówkę.
-Coś szybkiego i prostego – odpowiedziałam, a Harry wyciągnął srebrny garnek
z szafki obok. Wolałam mu zbytnio nie przeszkadzać, więc oparłam się o blat
kuchenny, tuż obok elektrycznej kuchenki. Nie przepadałam za gotowaniem,
może dlatego, że u mnie w domu zawsze pichciła mama, a ja co najwyżej przyglądałam
się jej pracy, choć kiedy trzeba było udekorować ciastka, pierwsza stałam przy
piekarniku. Związałam niesforne blond włosy w kucyk i obserwowałam poczynania
chłopaka. Harry wyciągnął z lodówki jakiś słoiczek i położył obok przygotowanego
wcześniej garnka.
-Lily podaj mi łyże… - spojrzał na mnie z przerażeniem w oczach, które
urosły do rozmiarów pięciozłotówek - Mój Boże! Zabierz tą rękę, oparzysz się! –
ryknął odpychając mnie od kuchenki.
-Spokojnie, nie jest gorąca – dotknęłam tego samego miejsca, aby pokazać
chłopakowi, że nic się nie dzieje. Niczego nie poczułam, oprócz zimnej
powierzchni kuchenki i przyjemnego mrowienia w palcach.
-Ale przecież…– podszedł i powoli wyciągnął rękę. Opuszek wskazującego palca
ledwo musnął kuchenki, gdy Harry zasyczał. - Gorące jak diabli! –
Trzepnął ręką, po czym włożył oparzonego palca do buzi.
-Nie możliwe… - znów dotknęłam kuchenki i … nic. Ustawiłam największą
temperaturę i ponownie dotknęłam ceramicznej powłoki - mrowienie było o
wiele silniejsze niż poprzednie. Odruchowo odskoczyłam do tyłu i spojrzałam na
dłoń - nie było widać nawet najmniejszego śladu oparzenia. Zjechałam wzrokiem
trochę niżej, żyły uwypukliły się i mocno zapiekły. Syknęłam z bólu i
przyłożyłam bolącą rękę do brzucha, otulając ją drugą. Wystraszony Harry
podbiegł i objął mnie w talii, abym nie upadła -ból minął, ale żyły wciąż
pulsowały. Nagle owładnęło mną błogie uczucie ciepła, jakbym wygrzewała się w
pustynnym słońcu Sahary, ale to uczucie szybko zaczynało ze mnie uchodzić…
-Nic ci nie jest? – zapytał, po czym pomógł mi usiąść na krześle.
-Nie… chyba nie… - ciepło uszło z nóg i powoli wydobywało się z brzucha.
Strasznie kręciło mi się w głowie, ale nie chciałam martwić Harry’ego, więc nic
więcej nie powiedziałam -ciepło zostało już tylko w „oparzonej” ręce. Nagle
poczułam piekący ból, jakby ktoś przyłożył mi gorący pręt do łokcia, zagryzłam
wargi i stłumiłam w sobie krzyk.
-Ta kuchenka musi być zepsuta. Kiedy rodzice wrócą z zakupów muszę im powiedzieć, żeby
wezwali fachowca- odrzekł Harry i poszedł po maść na oparzenia. Coś we mnie
drgnęło - jakaś myśl, która mówiła mi, abym jak najszybciej wyszła z tego domu.
-Muszę już iść –powiedziałam mechanicznie, jak gdyby odrzekł to ktoś inny. Sama zdziwiłam się tym faktem, nie potrafiłam zapanować nad własnym
ciałem. Poderwałam się z krzesła i zaczęłam iść w stronę przedpokoju, a Harry w
mgnieniu oka pojawił się tuż za mną.
-Odprowadzę cię – złapał swoją kurtkę, która powieszona była tuż obok
mojej.
-Nie, nie trzeba… - miałam zaledwie kilka sekund, aby wymyślić jakąś dobrą
wymówkę, w końcu o moim stanie zdrowia wiedział równie tyle co ja… czyli nic. -
Mama ma po mnie przyjechać, umówiłyśmy się, że mnie odbierze… - to pierwsze co
przyszło mi do głowy. Uśmiechnęłam się i powoli wsunęłam na stopy
balerinki, aby nie dać po sobie poznać, że coś jest nie tak.
-Jestem już trochę spóźniona… - niedbale zarzuciłam wiosenny płaszczyk na
ramiona i dałam szybkiego całusa w policzka.
-A co z twoją ręką? – zapytał zdezorientowany chłopak.
-A to nic takiego, zapewne skurcz– powoli wyszłam przed dom machając na
pożegnanie, a gdy chłopak zamknął frontowe drzwi puściłam się biegiem. Czułam,
że muszę znaleźć jakieś odosobnione miejsce, najlepiej takie, do którego nikt
od dawna nie zaglądał. Mimowolnie wbiegłam za stary sklep warzywny
Pana Barney’a , mieszczący się między dwoma starymi blokami. Zaplecze sklepu
było idealnym miejscem, rzadko ktoś tam chodził chyba, że dokarmiać
stare koty. Zrzuciłam płaszczyk i szybko spojrzałam na piekącą rękę. Żyły
wciąż były uwypuklone, a ból w łokciu nie przestawał pulsować nawet na moment.
Nie myślałam o niczym – normalny człowiek zacząłby bać się o własne zdrowie,
ale ja czułam, że muszę być akurat w tym momencie sama. Miałam wrażenie, że ten
ból nie jest mi obcy, jakbym od małego przygotowywała się na to cierpienie,
nie tylko psychicznie, ale i fizycznie – całe moje ciało przepełniało błogie
uczucie, mimo to, że łokieć okropnie bolał. Nagle poczułam, jakby w uwypuklonej
żyle przepłynęły jakieś małe drobinki . Przez moment wystraszona
wpatrywałam się w rękę, ale po chwili odruchowo skuliłam ciało, bo w łokciu
znów zapiekło i to mocniej niż poprzednio. Ku mojemu zdziwieniu, tuż przy
zgięciu ręki ukazało się blade światło– wyglądało jak mała puchata kuleczka,
która pojawiła się ni stąd ni zowąd. Nie wierzyłam własnym zmysłom, to co
działo się z moim ciałem i umysłem, nie było łatwe do opisania. Próbowałam
wyjaśnić sobie logicznie całą tą sytuację, ale jedyne co przyszło mi do głowy
to to, że Harry mógł dosypać czegoś mocniejszego do mojej herbaty, ale ta
hipoteza była raczej najmniej prawdopodobna. Kuleczka poruszyła się i bardzo
powoli w stronę nadgarstka, zaczęła przepływać przez moją żyłę, z każdym
milimetrem jaśniejąc i rozświetlając ciemny zaułek. Wraz z owym światłem
przemieszczało się i ciepło, które pozostało już tylko w jednej ręce. Gęsia
skórka owładnęła moje ciało i poczułam silne dreszcze. Światło dzieliło już
parę centymetrów od mojego nadgarstka, kiedy ból wzmógł się. Tym razem ręka
piekła dokładnie w tym samym miejscu, gdzie znajdowało się to dziwne światło.
Słyszałam jak mocno bije moje serce i poczułam wieczorny powiew wiatru
na twarzy. Wpatrywałam się w bezruchu czekając, co będzie dalej, ale kuleczka
tylko zatrzymała się tuż przy nadgarstku. Niebieskie światło zaczęło jaśnieć i
jakby obracać się wokół własnej osi. Ze zdziwienia otworzyłam usta i od
bijącego blasku przymrużyłam oczy. Nagle światło stało się tak jasne, że
otuliło całe zaplecze odbijając się od kamiennych ścian starych budynków i
zamazanego okna opuszczonego sklepu. Odchyliłam rękę najdalej jak tylko
potrafiłam i odwróciłam głowę w drugą stronę, zamykając mocno oczy. Strach
powoli wypełniał mnie od środka, więc zacisnęłam wargi, aby nie krzyknąć z
przerażenia. Wiatr wzmagał na sile, rozwiewając we wszystkie strony moje blond
włosy. Jeszcze jaśniejsze światło „wystrzeliło” z ręki, a ból stał się
nie do zniesienia. Wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy, ale mimo to zaczęłam
krzyczeć. Wicher podniósł kosz na śmieci i miotał nim o ściany, jak wieloma
innymi rzeczami. Światło zaczęło wracać z powrotem do ręki - zwężało się -
aż w końcu przybrało postać węża. Niebieski potwór splótł moje nogi
i wił się ku górze, byłam zbyt sparaliżowana, aby zrobić cokolwiek. Gdy owładnął
moje ręce przestałam czuć grunt pod nogami, powoli wzbiłam się, aż zawisłam z
parę metrów nad ziemią. Mimowolnie odchyliłam głowę do tyłu wraz z rękami, a
świetlisty wąż rozjaśniał jeszcze bardziej. Wielka fala gorącego podmuchu
wypełniła moje wnętrzności , a w każdej nawet najmniejszej żyle czułam palący
ogień, mimo to nie odczuwałam cierpienia -ogień sprawiał przyjemność i znane
mi już wcześniej mrowienie. Poczułam, że opadam, a pod stopami znów pojawił się
twardy grunt i nastała głucha cisza. Zrobiłam krok do przodu, a nogi same ugięły
się, jakby zrobione były z cukrowej waty. Upadłam na kolana próbując złapać
oddech, całe to zdarzenie wyssało ze mnie resztki energii. Ręka jeszcze raz
zaświeciła, lecz tym razem bladą poświatą, a gdy ostatecznie zniknęła ukazał
się znak - na niedokończonym trójkącie nałożony jakby okrąg, a pod nimi
odwrócona litera „s”. Szybko potarłam rękę, ale nic to nie dało –znak był nie
zmywalny. Gdy odzyskałam resztki sił podniosłam się na nogach, chociaż te wciąż
drżały. Zakręciło mi się w głowie i po chwili, tuż przede mną ukazała się mgła, która zaczynała powoli przybierać kształt koła, a jej
kontury stawały się coraz bardziej wyraźne. Coś czarnego poruszyło się i
mignęło w owej mgle. Wydarzenia, które miały miejsce przed chwilą, były dla mnie wystarczającym szokiem, a teraz jeszcze to. Czarna plama powiększała się i nabrała rozmiarów dorosłego
mężczyzny, wyłaniającego się z mglistego koła. Przymrużyłam oczy i zobaczyłam zakapturzonego człowieka. Szybko
z narastającego strachu cofnęłam się zahaczając nogą o wywrócony śmietnik. Tajemnicza postać powoli uniosła ręce, a po chwili ogniste języki oplotły jej ciało i stanęła w ogniu -
najprawdziwszym gorejącym ogniu. Nieznajomy uniósł majestatycznie głowę, a ogień znikł równie szybko, jak się pojawił. Mężczyzna zrobił parę kroków, a gdy
był już zaledwie metr ode mnie, uklęknął na jedno kolano i pochylił głowę.
-Witaj, przybywam z planety Satera… - odrzekł grubym i chropowatym głosem
nieznajomy przybysz.- Z twojego rodzinnego państwa - Ignis… księżniczko…